Tomasz Beksiński

Jeżozwierze w Stodole

Szanuję zespoły poszukujące, rozwijające się, zmieniające styl z płyty na płytę. Szczególnie, jeśli od chwili debiutu przykleja im się - mniej lub bardziej słusznie - etykietkę (neo)progresywną. Ta kategoria zobowiązuje, podnosi poprzeczkę. Bo w dziedzinie progresywnego rocka zrobiono już wszystko kilkanaście razy we wszystkich kierunkach i jeśli ktoś jeszcze próbuje wycisnąć coś z tych fusów, musi być szaleńcem albo geniuszem. Lub mieć cholerną odwagę i wiarę w kosmiczne posłannictwo. Steven Wilson jest po części wizjonerem, po części geniuszem, a po części po prostu zwykłym muzykiem obdarzonym twórczą wyobraźnią. Nie przejmując się specjalnie docinkami głuchych krytyków i uprzedzonych dziennikarzy, komponuje i gra niezwykle piękną i urozmaiconą muzykę o klimacie nie mniej oryginalnym od nazwy grupy - Porcupine Tree (Jeżozwierzowe drzewo).

Zespół przyjechał do Polski po raz drugi. Pierwszy raz oglądałem go w Krakowie, w filharmonii, półtora roku temu. Koncert urzekł mnie wtedy kosmiczno-odlotowym nastrojem kojarzącym się - pardon, Steven - z płynąco-frunącymi pejzażami malowanymi około trzydzieści lat temu przez Pink Floyd. Trzeba być jednak kompletnie skretyniałym głuszcem, żeby porównywać Porcupine Tree do grupy Davida Gilmoura (a wówczas Rogera Watersa). Album The Sky Moves Sideways utrzymany był bez wątpienia w atmosferze muzyki Pink Floyd z okresu Meddle, ale już następny - Signify - przyniósł rocka zdecydowanie nowoczesnego, a najnowszy - Stupid Dream - zawiera nawet kilka utworów wręcz przebojowych! To, że Wilson zmusza swoją gitarę do charakterystycznego płaczu podobnego do łkania instrumentu Gilmoura, to jeszcze nie wszystko. Zatem nie mogę zrozumieć, dlaczego słuchacz Trójki dzwoniący do Stevena Wilsona porównał Stupid Dream do The Wall. Porcupine Tree często okrasza swoje utwory głosami jakby z radia, fragmentami rozmów i tym podobnymi - ale to chyba nie ma nic wspólnego ze STYLEM muzycznym Pink Floyd?

Dość tych rozważań, miałem bowiem ustosunkować się do występu formacji Wilsona w warszawskiej Stodole. Zaczęło się punktualnie, bo koncert transmitował Program III. Oby każdą imprezę rockową przekazywała w eterze Trójka! Nie będzie "obowiązkowych" opóźnień dochodzących "zwyczajowo" do 30-40 minut. Porcupine Tree rozpoczął od Even Less, a potem przede wszystkim promował album Stupid Dream. Znacznie lepiej brzmi ta muzyka "na żywo"; chwyta za serce, uderza swoją mocą w bebechy i radośnie nimi potrząsa, wzrusza do łez (Don't Hate Me). Od czasu do czasu pojawiały się fragmenty albumu Signify, ale najwspanialsze rodzynki zachował Steven Wilson na koniec: The Sky Moves Sideways, Nine Cats i wreszcie upragniony przez wszystkich Radioactive Toy.

Było inaczej niż w krakowskiej filharmonii. Było rockowo, gorąco, głośno. Dobrze, że obejrzałem ten koncert i poznałem Porcupine Tree z innej strony. Nie znaczy to, że muzyka nie pozwalała "odlecieć bez środków dopingujących" gdzieś poza horyzonty świadomości. Lot trwał przez cały czas. Ale tym razem bardziej trzęsło, a w muzyce rockowej potrzeba czasem trochę turbulencji.

TOMASZ BEKSIŃSKI
Porcupine Tree, Stodoła, Warszawa, 12 maja 1999
Tylko Rock 7/1999, str. 50


Powrót do Relacje
Home