Tomasz Beksiński

Lacrimosa - Stille

Dawno już nie czekałem na czyjąś płytę z taką niecierpliwością i nadzieją. Stare, dobre czasy minęły bezpowrotnie. Teraz trafić na dobrą muzykę jest równie ciężko, jak na rockowy kawałek w Programie I Polskiego Radia w latach siedemdziesiątych. Rock umarł. Do takiego wniosku doszedłem słuchając wszystkich naszych "radiostacji", podróżując po świecie i wchodząc do sklepów płytowych, a także starając się znaleźć coś nowego w oparciu o recenzje drukowane... chociażby na tych łamach. Albo jestem za stary, albo współczesnych twórców inspirują młoty pneumatyczne. Muzyka rockowa (albo raczej pseudo-muzyczny zgiełk) końca XX wieku przypomina złomowisko pełne kanciastych rupieci. Żadnej finezji. Żadnego smaku. Żadnej atmosfery choćby trochę pobudzającej wyobraźnię.
Autorytatywnie stwierdzam, że Lacrimosa to więcej niż zespół tworzący Muzykę. To Zjawisko. Niemalże fatamorgana na jałowej pustyni rapu, grunge'u, jakichś tam "progresywno-regresywnych" nudziarzy i tak zwanych gotyckich pozerów. Prawie fatamorgana, bo aż się wierzyć nie chce, że ktoś jeszcze w tych zakazanych czasach potrafi komponować. Że komuś chce się stworzyć intrygujące, rozbudowane kompozycje. Że kogoś stać na wymyślenie czegoś, co zwie się MELODIĄ. I że ktoś potrafi przetworzyć swoją wrażliwość i niebagatelną wyobraźnię na serię dźwięków, które zdolne są oczarować tych jeszcze nielicznych odbiorców, jacy się ostali w rockowej trupiarni.

Tilo Wolff należy do tych ginących twórców, których opętał jakiś niezwykły duch. Potrafi on wykreować rzeczy niezwykłe. I trudne do jednoznacznego zaszufladkowania, co w tych czasach samo w sobie jest ewenementem. Lacrimosa to zarazem rock progresywny w stuprocentowym tego słowa znaczeniu (wystarczy posłuchać kompozycji Die Strasse der Zeit, żeby raz na zawsze odwrócić się od Clive'ów Nolanów i całego tego pompatycznego nudzenia), jak i pogrzebowy "gotyk" poruszający najbardziej mroczne zakamarki naszej wrażliwości. Album Stille to muzyczna podróż po naszej duszy, świadoma analiza podświadomości. Podróż w przeszłość, wejrzenie w głąb serca, walka z hipokryzją i rozrachunek z uczuciami. A jutrzenka wschodząca nad ruinami zwiastuje początek nowego świata.

Tilo Wolff i prześliczna Anne Nurmi (niegdyś w fińskiej grupie Two Witches) zaprosili do współpracy między innymi Orkiestrę Symfoniczną Barmbeker, Rosenberg Ensemble i Deutsche Lunkewitz Singers. Powstała płyta niezwykła, fascynująca, zniewalająca. Otwierają ją ciche dźwięki fortepianu prowadzące do monumentalnej kompozycji Der erste Tag, potem mamy niemalże paryski walczyk Not Every Pain Hurts oraz trochę klimatów stricte rockowych (Siehst du mich im Licht?, Make It End) - a na koniec Die Strasse der Zeit, jedną z najwspanialszych kompozycji ostatniego dziesięciolecia.

Wiem, że Redakcja będzie się krzywić na tak wysoką ocenę. Wiem, że na 5 gwiazdek zasługują tylko Ciemne Strony Księżyca i Led Zeppelin. Ale jeśli przesłodzone nudziarstwo Alana Parsonsa dostaje ponad 3 gwiazdki... sprawiedliwości musi się stać zadość.

PS. Jester is alive and well! Wystarczy spojrzeć na okładkę.

TOMASZ BEKSIŃSKI
Tylko Rock 6/1997, str. 66


Powrót do Recenzje
Home